Spis poliamidowych cudzołożnic czyli jaka lina w góry.

W internecie możemy bez trudu znaleźć szereg tekstów, dzięki którym łatwo wybierzemy wspinaczkowy ekwipunek. Sztab specjalistów biegnie nam z pomocą w podjęciu decyzji, które buty, uprząż, raki, czekany czy nawet karabinki, najlepiej sprawdzą się w górskim użytkowaniu. Za pomocą racjonalnych argumentów, posiłkując się empiryczną wiedzą, doradzają, które modele przyniosą nam sukcesy podczas pokonywania tatrzańskich klasyków czy na forsownych alpiniadach. Taka była z resztą moja pierwotna intencja, napisać dla Was użyteczny poradnik „jaka lina najlepiej sprawdzi się w górach”. Podczas opracowywania tematu zdałem sobie jednak sprawę z tego, że analityczne podejście jest tu trochę ślepą uliczką. Dlaczego? O tym na sam koniec. Tymczasem-jeśli macie ochotę-zapraszam do lektury mojego „spisu poliamidowych cudzołożnic”.

mateusz wspina sie w tatrach
zimowa wspinaczka w tatrach

>Czym jest lina? Kawałkiem specjalnie spreparowanego tworzywa? Symbolem? Narzędziem? Łącznikiem z rzeczywistością i piorunochronem na wypadek problemów? Pępowiną łączącą dwoje lub więcej ludzi i ich wysiłki w starciu z siłami natury? Lina jest tym wszystkim razem i z osobna. Musiałem mocno wytężyć pamięć, żeby przypomnieć sobie, jak zaczęła się dla mnie ta przygoda.

Pierwszą liną był 11 mm Tendon Speleo o długości około 30 metrów. Doskonale obrazuje to czas sprzętowych niedoborów oraz mglistej wiedzy na temat wspinaczkowego rzemiosła. Ten dość niekorzystny stosunek łagodził duży zapał, który przynosił owoce w postaci pierwszych „wędkowań” na krakowskim Zakrzówku czy para taternickich działań w postaci „poręczowania” zimą rohackiego konia. Szczęśliwy przypadek oszczędził mi (dzięki Bogu) prób wykorzystania pół-statycznego Tendona Speleo do „chodzenia z dolną”.

Dzięki uprzejmości przyjaciela (tak Czesiek, tu o Tobie), w mojej szafie zawitał czarno-biały, dynamiczny już, pojedynczy Edelweiss o długości 50 metrów. Dzięki tej nieco wysłużonej linie zostałem skałkowo rozprawiczony, po raz pierwszy mierząc się „na poważnie” z budzącym do dziś mój lęk wapieniem jurajskim. Pokonywane drogi, jak również dość liczne loty przyjmowałem z większym bądź mniejszym, ale stałym lękiem, który uznałem wreszcie za nieodstępny komponent wspinaczki. Edelweiss sprowokował mnie także do pierwszych poważniejszych eksploracji tatrzańskich. Z perspektywy czasu uważam, że zdecydowanie warto korzystać z kursów i opieki instruktorskiej. Będąc jej pozbawionym, co prawda miałem okazję przeżyć wiele niezapomnianych chwil niezepsutych atmosferą szkolenia, wystawiałem się jednak na spore ryzyko, którego oczywiście nie byłem nawet w pełni świadomy.

wspinaczka skałkowa

Uczyłem się sam i o zgrozo, głównie sam się wspinałem. Pamiętam moment, gdy na Grani Kościelców z rąk wyleciał mi kubek i musiałem go odzyskać, zjeżdżając za pomocą nauczonej parę dni wcześniej półwyblinki. Pamiętam poczucie respektu wobec ogromu północnych zboczy Świnicy i spokój wynikający z błędnego przeświadczenia, że zjechać na linie da się ze wszystkiego. Pamiętam pewien dzień, gdy Edelweiss utknął w skałach powyżej podczas burzy, a pioruny biły tak blisko, że nie słychać było ich huku, tylko trzaski. Biało-czarny Edelweiss stał się także towarzyszem pierwszych wspinaczek zespołowych. W pewien majowy weekend obok czterech starych ekspresów pozwolił zwyciężyć mnichową płytę, która wydawała się wówczas poważnym wyzwaniem. Te wszystkie eksploracje z liną Edelweissa miały jedną trudną do przecenienia zaletę: uczyły mnie rzemiosła i pokory. Odkrywanie wspinaczkowego uniwersum sprawiło, że w pewnym momencie postanowiłem zakupić najstosowniejsze w górach liny połówkowe.

>W ten cudowny sposób stałem się prawdopodobnie jednym z niewielu w Polsce posiadaczy lin Salewa Double o długości 50 metrów. Dlaczego akurat tych? Przez zupełny przypadek. Skusiło mnie głównie niecodzienne i trudne do wytłumaczenia zestawienie kolorystyczne. Jedna żyła cieszyła oczy przyjemną, żółtą barwą, druga zaś odrobinę straszyła grobową czernią. Liny te otworzyły mi zupełnie nowe możliwości. Z „połówkami” zacząłem się wreszcie wspinać w sposób poprawny i ogólnie przyjęty. Oczywiście obok nich pojawiły się kości, taśmy i mechaniki, ale to właśnie liny kojarzą mi się z przejściem na wyższy poziom wtajemniczenia. Z Salewami Double zaczął się też dla mnie czas partnerstwa. W pewnym sensie dzięki linom poznałem wielu fantastycznych ludzi, z którymi wiążąc się, czułem prawdziwą solidarność i bliskość, a pozytywne wibracje krążyły po 9 milimetrowych żyłach jak prąd w kablach. W pewnym sensie liny te zrobiły ze mnie wspinacza górskiego z prawdziwego zdarzenia. I to nie dlatego, że towarzyszyły na licznych drogach w Tatrach, Alpach czy podczas zimowego solowania Robakiewicza gdzie zjeżdżałem z piku Mnicha w fantastycznym wietrze przekraczającym 100 km/h. Wspinaczem stałem się dzięki coraz większej samoświadomości, a także wiedzy oraz zaufaniu, które pokładali we mnie ówcześni partnerzy. Wreszcie, po jakiś czterech latach „połówki” okazały się tu i ówdzie, mniej lub bardziej zużyte. Rozstanie nie przychodziło łatwo, więc dzieliłem je uparcie na coraz krótsze kawałki. Poznałem wówczas, czym jest przemijanie sprzętu. Skrawki budziły wspomnienia Cubryny i Wielickiego z Agą, Filara Świnicy z Gośką czy Stüdlgrat z Dominikiem. Nieużywane liny nabrały jednak znamion zwykłego przedmiotu. Uleciała z nich magia. Co prawda wracały jeszcze czasem do akcji, jak na Wschodniej Grani Świnicy z Gośką czy Grani Kościelców z Olą, ale ich czas przeminął. Nastał moment chodzenia na linach cudzych.

Liny cudze mają ciekawą właściwość. Z jednej strony nie budzą przywiązania innego niż wagi własnej, wagi partnera i powagi drogi. Z drugiej, wpisują się w pamięć na dziwnej zasadzie, przypominającej odrobinę krótki, płomienny romans, o którym nikomu się nie opowiada. Wspominam więc należącego do Dominika Beala, na którym musiałem zjechać z pojedynczego „lost arrowa” podczas „zapychu” na Sayonarze. Albo Tendona Gośki, gdy prowadząc Klisia, pilnowałem się żeby nie popełnić żadnego błędu i nie polecieć, bo wspinaliśmy się w zespole trójkowym, mimo że było nas dwoje (to było ostatnie taternicznie Gośki, która była wtedy w trzecim miesiącu ciąży). Mocną relację nawiązałem z Genesisem Migela, który wraz ze wspomnianym kiedyś cudownie wyłapał mnie podczas głupiego lotu na pierwszej śrubie lodowej nad stanowiskiem drugiego wyciągu Komina Muchy. Pozwolił też przekroczyć limes zimowych możliwości na wariancie drogi Stanisławskiego, w myśl zasady, że czasem warto nie być świadomym jak trudne jest to po czym się wspinamy. Lina Mammuta ocaliła mi również życie na Setce podczas kuriozalnego wypadku związanego z demontażem stanowiska zjazdowego. Tutaj uwaga: zawsze używajcie co najmniej dwóch punktów, mimo że zwykle jeden wydaje się wystarczający, a szpeju żal. To nie moralizatorstwo, to moje drugie życie po 20-metrowej glebie. Poważnie. Były też zabawne połówki Skyloteca należące do równie zabawnego Andrzeja, przy czym jednym razem zabawa skończyła się zmęczeniem tak skrajnym, że schodząc z Moka zasypialiśmy w marszu. Wspomnień jest wiele, a konkluzja zaskakująca: człowiek zawsze pragnie mieć mimo wszystko własną linę.

lodowiec

Czas hossy finansowej sprawił, że poszerzyłem skład szpeju o poskramiacza wapienia w postaci Tendona Master 9,4 mm i całoroczne, tatrzańsko-alpejskie „polówki” Tedon Alpine 7,9 mm z miejsca ochrzczone mianem „sznurówek”. Był to również moment, w którym postanowiłem złamać przestrzeganą od zawsze zasadę, w myśl której nie wspinałem się w górach z kobietami, z którymi żyłem. Decyzja w swoich następstwach doskonała, zaowocowała dwoma wspaniałymi sezonami letnio-zimowymi w Tatrach, a także wakacyjną tułaczką po łatwych czterotysięcznikach i emocjonujących lodowcach w Alpach. Wspinanie przenikało się z życiem codziennym, a życie codzienne ze wspinaniem i było to na wskroś ożywiające. Czysta radość obcowania z górami, niepodszyta walką o cyfrę. To, co dobre, szybko się jednak kończy i Ola zniknęła zabierając ze sobą Tendona Mastera, gdyż w jej naturze zawsze bardziej leżały solidne zmagania ze znienawidzonym przeze mnie wapieniem. W podziale majątku, jako zdeklarowanemu wspinaczowi górskiemu ze zboczeniem w stronę zimy, przypadły mi impregnowane „sznurowadła”. Z braku lepszych pomysłów skupiłem się na górach. Życie nie znosi pustki więc pojawiła się Gośka, która odchowała już trochę córkę, czasem z Rzeszy wpada Dominik pracujący tam na masztach telekomunikacyjnych. Atmosferę odświeżają nowe znajomości, jak ta z debiutującą taternicko Aśką, które pozwalają spojrzeć na wspinanie z innej perspektywy, przypomnieć sobie dawne prawdy. Odszukać w pamięci zbiór najpiękniejszych wartości, jakim jest choćby poczucie metafizycznej niemal łączności z człowiekiem, z którym podejmujemy z pozoru bezsensowne wyzwanie. To, że nie ma samotności, to, że odczuwa się dumę z możliwości swojego organizmu i to, że gwiazdy nigdy nie są tak piękne, jak wówczas gdy leży się na tafli zamarzniętego jeziora po szczęśliwym powrocie ze ściany.

Wracając do początku: jaką linę warto kupić w góry? To proste: połówkową, o długości 60 metrów, z impregnacją i certyfikowaną przez UIAA. Cała reszta, czyli to, co najważniejsze to Wy i Wasi partnerzy.

MB

Komentarze